Kompromitacja Dosyć średniej wielkości działka. Gleba porośnięta gęstą, wysoką trawą. Mniej więcej po środku stoi stara, potężna stajnia. Wokół jej nienaturalności krążą dumnie kury. Działka ogrodzona jest posmolonym, czarnym ogrodzeniem które mocno i dosadnie wyraża granicę żyjącym na działce ptaszynom. Słońce nabrało pewności siebie i praży tego letniego dnia jak nigdy wcześniej, przekraczając granice dobrego smaku. Odurzająca ciężka woń kurzych odchodów napiera bez litości na chcącą wyprostować się dumnie trawę. Kojący jej zapach zostaje brutalnie zmielony w stare milusińskie wspomnienie. Kury drepczą wśród trawy. Pomimo z pozoru przykro-nużącego trybu życia, każdy ruch wykonują bardzo precyzyjnie, pewnie, ostro, szybko, wzbudzając szacunek i podziw. Pełną witalności aktywność wykonują bez najdrobniejszej oznaki znużenia czy niechęci. Zaprogramowane od rutyny kury krążą pewnie w swojej niezmiennej codzienności po wytartych przez naturę szlakach w swoich drobnych umysłach. Oczywisty i codzienny spokój przerywa ciężki, wolny dźwięk otwieranej wolno bramki. Na odpowiedź białe szpony zamierają w bezruchu. Pierzasta masa - jej przenikliwe, podejrzliwe spojrzenia pełne absolutnego niezrozumienia, pojęcia na to co obce i nowe. Następuje dysonans. Wyrafinowaną i wyliczoną strukturę tego małego kurzego świata naruszają brutalnie nierytmiczne kroki. Jest to zmizerniały mężczyzna z kosiarką. Gęsty, brudny odór brutalnie brudzi każdą najweselszą myśl mężczyzny. Smutna masywna głowa zwisa nijak w przód, napinając ciężko całe ciało, wybudzając żalne emocje. Mężczyzna włącza kosiarkę... Kury sprawnie, szybko, z pomocą wspaniałomyślnej naturalnej intuicji łączą się w jednym punkcie. Z wielką uwagą wytrzeszczają czarne oczy, obserwują najdrobniejsze ruchy. Próbują zrozumieć i wyskrobać z czeluści swojego rozumowania reakcję, bądź uzasadnienie na to co widzą. Jego wzrok opuszczony jest bardzo nisko. Hipnotyzują go wyrzucane w powietrze źdźbła trawy, odsłaniając jego słabość. Próbuje on uratować swoją godność, ale niestety, pomimo najsilniejszego wysiłku, nie może on dorównać majestatycznym kurom w stylu bycia, ani otrzymać ich uznania. W swoim odczuciu kompromituje się. Zwinnie kręcące się ostrze tnie trawę, zakłócając rutynowe i idealnie odgrywane życie pierzastej masy. Z kieszeni mężczyzny wypada paczka papierosów, zostawiając tym samym boleśnie zbędny i nie należący do naturalnego świata artefakt, nad którym być może rozmyślać będzie pierzasta masa. Zgarbiona, ciągle obserwowana sylwetka, pchająca powoli kosiarkę ciągnie się cyklicznie tam i w kółko po ciemnej kurzej źrenicy. Jego drobna osobowość gniecie się pod ogromem wspaniałego, wszechobecnego w czerni, ptasiego majestatu. W słoneczny dzień błądzi i błądzi w ciemności, po błądzącym ciele błądzą dreszcze, błądzi cała zalewająca fala myśli. Patrząc obojętnie w jednolitą czerń, dostrzega kątem podświadomości smutne marzenie. Zatrzymuje się i podnosi zgubione kurze pióro. Mocno napiera nim na skórę - z początku z naturalnym oporem - później z szokującą łatwością. Pióro przebija się i znajduje swoje miejsce w ciele. Mężczyzna umiera. Nieobecność oddziaływania pozornie zbędnego i niepotrzebnego przybysza z czasem dała się odczuć kolosalnie. Leniwa, spocona, obojętna zieleń poplątała proste, naturalne i rutynowe założenia. Zieleń zastąpiła wszystkie wybitnie chwalone kurze cechy. Została tylko zieleń i stara stajnia.

